Warszawa 22-23 listopada 2010
Biblioteka Narodowa, Audytorium S. Dembego, Al. Niepodległości 213
Witam Państwa.
Jesteśmy na Forum Teatru i właśnie w tej chwili mamy do czynienia z czymś, co w teatrze czasami się zdarza, a mianowicie – z nagłym zastępstwem. Nie jestem Barbarą Osterloff, której obowiązki uniemożliwiły udział w dzisiejszym spotkaniu. Nazywam się Andrzej Strzelecki. Od roku pełnię funkcję rektora warszawskiej Akademii Teatralnej i będę się starał – najlepiej jak potrafię – zastąpić mojego zastępcę, bo Barbara Osterloff jest prorektorem naszej Uczelni, w temacie: „Szkoły teatralne”.
Liczba mnoga użyta w tytule wymaga wyjaśnienia. Nie miałem możliwości ustalenia zeznań z rektorem Robertem Glińskim i panią rektor Ewą Kutryś, dlatego proszę traktować dzisiejszą wypowiedź jako prezentację mojego poglądu na sprawę. Oczywiście w generaliach nie różnimy się z kolegami, stojącymi na czele uczelni w Krakowie i w Łodzi, ale wskutek nagłego zastępstwa nie posiadam oficjalnej legitymacji do prezentacji wspólnych ustaleń, stąd wyjaśnienie.
Tytułem wstępu pragnę przypomnieć, że wyższe szkoły teatralne, jak wszystkie Uczelnie o statusie Akademickim, działają w oparciu o Ustawę o Szkolnictwie Wyższym. Zapisy tej ustawy cedują kompetencje szczegółowe z Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego na Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Tu pojawia się pierwszy problem. Specyfika szkół artystycznych, w tym szkół teatralnych jest w przeważającej większości odległa od innych uczelni. Rozwiązania systemowe i uwarunkowania prawne są obliczone na wielkie kombinaty uniwersyteckie czy politechniczne, a szkoły teatralne są z definicji kameralnymi uczelniami. Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Minister Szkolnictwa Wyższego są w kwestii szkolnictwa artystycznego partnerami i współgospodarzami przestrzeni prawnej w tym temacie. Daje się wszelako niekiedy odczuć na zewnątrz sytuację, że w walkach o rzeczy istotne mamy do czynienia z bokserami startującymi w zdecydowanie odmiennych kategoriach wagowych. Przy czym pani Minister Barbara Kudrycka, jakkolwiek to zabrzmi - to zdecydowanie waga ciężka, a nasz pan Minister Bogdan Zdrojewski to góra - za przeproszeniem - średnia junior. To partnerstwo dużego i małego jest prawdopodobnie partnerstwem trudnym z kilku powodów.
W ostatnim okresie na łamach mediów i wśród rozmaitych gremiów opiniotwórczych odbywa się dyskusja, będąca gigantycznym lobbingiem w sprawie zrównania uczelni publicznych i prywatnych w prawach dostępu do pieniędzy, przeznaczonych na edukację. Uczelnie artystyczne, w tym szczególnie teatralne, padają niejako ofiarą tej dysputy. Wszelkie prognozy wskazują, że niż demograficzny stanowi poważne zagrożenie dla bytu szeregu uczelni niepublicznych. W rozważaniach strategicznych muszą one szukać sposobów na utrzymanie się na rynku. Specjaliści od prognoz i programów prawdopodobnie zauważyli, że szkolnictwo teatralne jest niezwykle atrakcyjnym kierunkiem. W tym roku do 24 miejsc na wydział aktorski do warszawskiej Uczelni startowało 1100 kandydatów. Prawie pięćdziesiąt osób na jedno miejsce! Uczelnie w Krakowie i Łodzi mają podobne wskaźniki. Iluż potencjalnych studentów, spośród tych, którzy nie dostali się do Akademii Teatralnych, jest do przejęcia przez inne podmioty! W filozofii patrzenia na uczelnie wyższą jak na „producenta” kolejnych absolwentów, którzy przynoszą uczelni określony dochód, nie ma tu najmniejszego znaczenia ani poziom zdających ani poziom kształcenia. Tu decyduje rachunek ekonomiczny, wsparty – niby non dyskursywną tezą – o tworzeniu młodym ludziom szans dostępu do nauki w kierunku, o którym marzą. Tryb przypuszczający użyty w poprzednim zdaniu jest zasadny, kiedy uświadomimy sobie, że – de facto – nie istnieje żaden skuteczny mechanizm, gwarantujący jakość kształcenia. Oto dziś – każda Uczelnia wyższa może sobie powołać kierunek artystyczny, w tym na przykład – wydział aktorski – po spełnieniu warunków formalnych. Czterech profesorów i kilku doktorów plus zapis programu stanowi wystarczającą podstawę do sprostania tym formalnym wymogom. Owo pensum pedagogiczne wcale nie musi w większości być związane ze sztuką. Wystarczy deklaracja współpracy z nowym kierunkiem, w ramach umów-zleceń, kilku kolegów artystów i już, w zasadzie, nie ma przeciwwskazań dla, zgodnego z prawem, funkcjonowania takiego bytu.
Nasze – środowiska rektorów uczelni artystycznych – wołanie o kategoryczne uwzględnienie w opinii na temat powoływania wydziałów artystycznych w uczelniach nieartystycznych choćby zdania Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego i zapewnienie, że bez jego zgody wydziały takie, nie spełniające wymagań kształcenia artystycznego na poziomie wyższym nie powstaną – zostało zignorowane.
Odbywa się niespecjalnie zawoalowana gra na zwłokę. W opieszałości decyzyjnej chodzi prawdopodobnie o to, aby tam, gdzie się da, w uczelniach głównie niepublicznych, powołać szybko artystyczne wydziały, aby one – swą pozorną atrakcyjnością – niejako „skonsumowały” skutki niżu demograficznego. A likwidacja istniejącego już kierunku to problem, bo dochodzą do głosu skutki społeczne takiej operacji. Za szkody wyrządzone przez rodziców dzieci nie powinny przecież odpowiadać. Biegnący czas, w tym wypadku, jest sprzymierzeńcem nowo powstałych bytów.
W projekcie środowiskowym strategii rozwoju szkolnictwa wyższego na lata 2010-2020 napisano wręcz, cytuję: „Zauważmy, że obecny podział uczelni na te nadzorowane przez ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego i te nadzorowane przez innych ministrów resortowych, nie ma uzasadnienia merytorycznego. W odniesieniu do uczelni medycznych i artystycznych prowadzi to do sytuacji systemowo nielogicznych. Postulowana zmiana zasad nadzoru oznaczać będzie przeniesienie uczelni branżowych z ich obecnego działu do działu <szkolnictwo wyższe> w odniesieniu do zadań edukacyjnych związanych z prowadzeniem studiów wszystkich stopni”. Koniec cytatu.
Oczywiście być może istnieją wymagające korekty drobne usterki w dotychczasowej formule relacji między ministerstwami w odniesieniu do szkolnictwa artystycznego, ale leczenie bólu zęba przez obcięcie głowy nie wydaje się być dobrym pomysłem.
Cytowany fragment strategii oznacza bowiem planowane przejście uczelni artystycznych spod opieki Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pod resort Szkolnictwa Wyższego. Konsekwencje tej „przeprowadzki” dla szkół artystycznych mogą okazać się zgubne. Ten system podległości grozi utratą autonomii nie tylko z powodu całkowitego niezrozumienia specyfiki szkolnictwa artystycznego w resorcie szkolnictwa wyższego, ale z powodu wcielenia uczelni na ogół małych w prawny tryb funkcjonowania gigantów. Na przykład w dotychczasowej formule posiadająca uprawnienia do nadawania stopni naukowych rada wydziału może liczyć minimum 12 osób wyposażonych w stosowne tytuły. Zwiększenie tej liczby do obligatoryjnych 18 osób dla wielu uczelni jest równoznaczne z utratą dotychczasowych praw, albowiem tylu profesorów jednostki uczelniane nie znajdą w swych szeregach. Plany uczynienia drugiego kierunku studiów płatnym to z kolei cios w wydział reżyserii.
Takich szczegółowych punktów zagrażających realnie samodzielnemu bytowi szkół artystycznych jest w innym, tym razem - rządowym projekcie nowelizacji ustawy „Prawo o szkolnictwie wyższym oraz ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz stopniach i tytule w zakresie sztuki” kilka, a może nawet kilkanaście.
Na 27 stronie dokumentu przyjętego przez rząd 28 października br. napisano, że – cytuję: „Rozwiązania dotyczące wyższego szkolnictwa artystycznego, ze względu na jego specyfikę zostaną wypracowane do 15 listopada br.” – koniec cytatu. Kiedy zadałem pani minister Kydryckiej na spotkaniu komisji sejmowej ds. kultury 18 listopada br. czyli trzy dni po terminie wyznaczonym w dokumencie rządowym pytanie, dotyczące tego, czy są te rozwiązania i gdzie i w jaki sposób można się z nimi zapoznać, pani minister odpowiedziała mi, że są i że zostaną mi one przedstawione, jak się po nie zgłoszę. Codziennie przez miesiąc starałem się dotrzeć do tych materiałów, ale w tej sprawie poniosłem porażkę. Nikt w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego nie chciał mi tego dokumentu pokazać. Poddaję więc w wątpliwość istnienie takich materiałów. Znam stanowisko Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, który walczy o zachowanie wpływu na podległe mu dziś Uczelnie i uwzględnienie specyfiki tych miejsc. Ale są to tylko wstępne propozycje, które nie zostały ani w prawie o szkolnictwie ani w strategii ujęte w żadnej formie. Również opinie i sugestie KRUA – Konferencji Rektorów Uczelni Artystycznych – nie znajdują w projektach ustaw o szkolnictwie żadnego odbicia.
Choć, przepraszam, po śniadaniu, na które rektor Gliński został zaproszony przez panią Kudrycką, po udzieleniu ostrego wywiadu w jakiejś gazecie, w projekcie pojawił się zapis o zwolnieniu z płatności reżyserii filmowej, jako drugiego kierunku studiów. Ten tryb legislacji ważnych dla uczelni artystycznych projektów rządowych napawa optymizmem, ponieważ są jeszcze obiady, nie mówiąc o kolacjach. A w jakichś nagłych wypadkach wierzę, że i z podwieczorku mogłoby wiele wyniknąć.
Czy poza brakiem stosownego dialogu między politykami i artystami jest coś jeszcze, co zagraża szkolnictwu teatralnemu…?
Niebezpieczeństw jest kilka. Postępująca atomizacja naszego środowiska, zaznaczające się coraz wyraźniej rozbieżności rozmaitych interesów, brak stabilizacji profesjonalnej w oparciu o tradycyjnie rozumiane zespoły teatralne, efemeryczność rynku, a niekiedy nawet działania mediów, których siła zarówno kreacyjna jak i niszcząca potrafi w dzisiejszym świecie sterować i manipulować wartościami często pozornymi – wszystko to czyni nas – uczących ze stopniami naukowymi – łatwym łupem dla tych, którym, być może, wcale nie chodzi o dobro i przyszłość polskiego szkolnictwa teatralnego, ale o dostęp do publicznych pieniędzy przeznaczanych na edukację artystyczną.
Wszystko wskazuje na to, że prawo do nadawania uprawnień zawodowych w profesjach aktor i reżyser wyleje się poza mury uczelni teatralnych i gremia zawodowe w rodzaju komisji eksternistycznej, działającej pod egidą Ministerstwa i ZASP-u.
Dla Uczelni teatralnych niby to nie jest zagrożeniem, bo ich pozycja, kadra uczących, tradycja i marka stanowią poważny argument w walce o przyszłego, potencjalnego studenta. Ale może to stać się wielkim zagrożeniem dla Uczelni, kiedy nowo powstałe struktury po prostu przepłacą i kupią część utytułowanej kadry pedagogicznej. Nie muszę dodawać, że honoraria za pracę pedagogiczną uwzględniają misyjny charakter tej pracy. Uczelnie mogą popaść w personalne tarapaty i dlatego ze wszech miar staramy się zadbać o drogę naukową naszych pedagogów. Ale ta droga wymaga czasu i przy radykalnym drenażu rynku utytułowanych dydaktyków można nie wyrobić się z „produkcją” profesorów, doktorantów i habilitacji.
Sytuacja w której poza Uczelniami Teatralnymi powstaną miejsca, nadające łatwo status profesjonalny, może mieć wpływ na szeroko rozumianą jakość teatru. Amatorzy bowiem rosną w siłę. Na wydziale teoretycznym warszawskiej Akademii Teatralnej teza, iż dziś podział na teatr amatorski i teatr zawodowy jest anachronizmem, przeżytkiem - ma prawdziwych zwolenników…
Poprosiła mnie Halinka Machulska, abym zaopiniował projekt jej szkoły. Przeczytałem. Mówię jej – Halinka, jako rektor Akademii Teatralnej nie mogę pozytywnie zaopiniować dokumentu, który nadaje uprawnienia zawodowe w profesji „aktor” na podstawie programu, który w optymistycznej i przychylnej interpretacji jest ledwie jedną trzecią tego, co oferuje wyższa Uczelnia. Ponieważ cię lubię, to nie każ mi wyrażać opinii i znajdź innego recenzenta, bo ze mnie nie będziesz miała pożytku. Z tego, co wiem – znalazła.
Realnym niebezpieczeństwem, którego ofiarą padamy wszyscy jest postępujące z każdą chwilą zacieranie różnic. Między amatorami i profesjonalistami, między sztuką i artystyczną hucpą, między słowem i bełkotem, między myślą i brednią, między pięknem i brzydotą, między muzyką i kakofonią, między teatrem i działaniem parateatralnym, między mistrzami i ledwie aspirantami na czeladników… W tym świecie, w którym czytelność kryteriów została całkowicie stępiona fantastycznie czują się uzurpatorzy, prowokatorzy, imitatorzy, plagiatorzy czy po prostu – kiepscy amatorzy, przed którymi niekiedy nie potrafią się obronić nawet osoby dorosłe, niezwykle doświadczone i wspaniale utalentowane. Jak ochronić młodych ludzi przed tą inwazją cwaniactwa i dyletantyzmu? Między innymi - stwarzając im możliwość kontaktu z najlepszymi, najwybitniejszymi postaciami polskiej kultury.
Dlatego w Akademii Teatralnej w Warszawie z początkiem mojej kadencji pojawili się w szkole Krystyna Janda, Krzysztof Majchrzak, Wojciech Pszoniak, Zbigniew Zamachowski, Janusz Zaorski, Ryszard Peryt, Kazimiera Szczuka, Daniel Olbrychski… Powróciła do pracy w szkole Ania Seniuk. A jestem już po rozmowach z paroma jeszcze, wybitnymi kolegami, którzy gotowi są do pracy w Akademii. To optymistyczny prognostyk na przyszłość. Dla młodego człowieka to, z kim spotyka się on na tak ważnym etapie jego życia jest czynnikiem niebywale istotnym. Każdy z nas - dorosłych - składa się z sumy spotkań z innymi ludźmi, którzy ukształtowali naszą wrażliwość i wyobraźnię. Kiedy dziś uczę studentów na wydziale aktorskim i reżyserii to – mam nadzieję – że w tym, co do nich mówię pojawia się czasami kawałek Bardiniego, ślady Jareckiego i Dobrowolskiego, jakieś fragmenty Hubnera, Przybory, Wasowskiego i całego szeregu wybitnych ludzi sztuki, których miałem honor słuchać, z którymi miałem szczęście być i pracować.
Szkolnictwo teatralne jest niebywale istotnym elementem kształtowania przyszłości polskiego teatru nie tylko dlatego, że wychowujemy swoich przyszłych kolegów. Kształcimy ludzi, którzy staną się częścią elity intelektualnej naszego kraju. Ludzi, których poglądy, gust, wrażliwość i wyobraźnia mogą mieć znaczenie dla naszego społeczeństwa, dla jego kondycji mentalnej, emocjonalnej, estetycznej – wreszcie – etycznej. Dlatego problemy szkół teatralnych choć z pozoru błahe, hermetyczne i lokalne powinny być traktowane jak drogi raczej pierwszej kolejności odśnieżania, jeśli w odpowiedzialny sposób myślimy o naprawie życia publicznego i poprawie jakości życia społecznego. O budowaniu wartościowego, nowoczesnego społeczeństwa, które w godny i piękny sposób będzie umiało poradzić sobie z niełatwymi wyzwaniami rzeczywistości.
Pragnę przeprosić za ten górnolotny ton, ale myślę, że Forum Teatru jest miejscem, w którym jego obecność jest zasadna. Dla równowagi spadnę na ziemię i powiem o czymś, co już na niej stoi, o czymś, co za moment stanie i o czymś, co stanąć z pewnością powinno. A mówić będę o tym z nadzieją. Nadzieją bowiem napawa niezwykła aktywność Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w kwestii pomocy w absorpcji środków europejskich przez Uczelnie Artystyczne.
Jeśli chodzi o bazę lokalową szkolnictwa teatralnego to w ostatnim czasie uległa ona znacznej poprawie. Fantastycznie rozbudowała się uczelnia krakowska. Łódź już niebawem rozpocznie realizację powiększenia bazy w trzech uczelniach artystycznych, z filmówką włącznie. Niezbędna dobudowa warszawskiej Akademii Teatralnej - mam nadzieję - zostanie zaliczona przez pana Ministra do grona tzw. „projektów kluczowych”, dzięki czemu najpóźniej do 2013 roku Akademia powiększy swe możliwości dydaktyczne. Jesteśmy jako uczelnia profesjonalnie przygotowani do tej inwestycji, zarówno w zakresie koncepcji architektonicznej jak i studium wykonalności. Czekamy na sprzyjające nam decyzje pana ministra Zdrojewskiego. Nadzieje w tej sprawie nie są pozbawione podstaw.
Podsumowując – myślę, że jeśli w procesie korygowania prawa, które nas ma dotyczyć staniemy się realnymi partnerami a nie tylko ciałem, dzięki któremu punkt „konsultacje społeczne i środowiskowe” decydenci legislacyjni będą mogli odhaczyć, jako odbyty – to nie będzie źle. Uczelnie Teatralne będące częścią Uczelni Artystycznych wraz z panem Ministrem Zdrojewskim są jedną stroną w dialogu z Ministerstwem Szkolnictwa Wyższego. Nasze racje są znane i chodzi tylko o to, aby ci, którzy chcą innej struktury zechcieli wziąć je pod uwagę.
Państwu zaś ja dziękuje za uwagę i poświęcony mi czas.